Jak świętują obcokrajowcy z naszej gminy?

U jednych na stole króluje barszcz z uszkami, u innych kebab i chaciapuri. Jednym Boże Narodzenie kojarzy się ze szczęściem, innym ze smutkiem i tęsknotą.

Emmanuel Bojor Okune, Nigeryjczyk, w Polsce jest od 1982 r., obecnie mieszka w Żędowicach koło Zawadzkiego, jest lekarzem chirurgiem.
- W Nigerii chodziłem do szkoły katolickiej prowadzonej przez misjonarzy. Święta w moim kraju, kiedy byłem dzieckiem, przypominały karnawał. W grudniu w południowo-zachodniej Nigerii, gdzie mieszka moja rodzina, jest pora sucha. Moi rodacy nie przywiązywali tak dużej wagi do szykowania potraw jak Polacy. Nie było też wigilijnej kolacji. Pamiętam za to, że dorośli chodzili na pasterkę. Mnie trudno było dotrwać do pierwszej w nocy. Dzieci dostawały na święta nowe ubrania. Chodziły w nich od domu do domu i śpiewały. Młodzież ubrana w maski, stroje z rafii, z dzidami, tańczyła przy rytmach bębnów. Po ulicach chodziły grupy tak przebranych ludzi. Czasami dochodziło między nimi do bójek. Kiedy w trzy lata temu odwiedziłem swoją rodzinę w czasie Bożego Narodzenia, strasznie się zdziwiłem. Nie było już poprzebieranych tańczących grup. W ostatnich latach powstało w moim kraju wiele odłamów religijnych i sekt. Teraz Boże Narodzenie w Nigerii jest dużo smutniejsze.

Marta Lityńska, Polka z Lwowa, mieszka w Zawadzkiem od 1991 roku, od 2000 r. ma polskie obywatelstwo, jest trenerką tenisa stołowego w MOKSIR Zawadzkie.
- Wydaje mi się, że święta na Ukrainie były dużo ciekawsze niż w Polsce, może dlatego, że wyznawanie wiary w tamtych latach było zakazane - wspomina. - Polacy we Lwowie byli jak jedna rodzina. W każdym domu stała szopka zrobiona ze słomy, papieru i materiału. Choinkę ubieraliśmy rano w Wigilię, wcześniej nie można było. Jeżeli był normalny dzień tygodnia, rodzice pozwalali nam nie iść do szkoły. Drzewko musiało być żywe. Sami przygotowywaliśmy na nią ozdoby, a bracia robili światełka. Wieszaliśmy na niej cukierki, które w trakcie świąt wyjadaliśmy, zostawiając puste opakowania zawinięte, jakby coś w nich było. W Wigilię pierwszym gościem w domu musiał być mężczyzna, dlatego kobiety nie chodziły do południa do znajomych. Na wigilijnym stole stawialiśmy dwanaście potraw, wśród nich kutię (moją ulubioną), pierogi z ziemniakami, kapustą i grzybami oraz kapustą i cebulką, gołąbki z tartych ziemniaków z grysikiem. Był także barszcz czerwony z uszkami, różne ryby, na przykład faszerowana i w galarecie. Na stole stał dodatkowy talerz "dla głodnego". Zaczynaliśmy kolację od modlitwy. Prowadził ją ojciec, który był ministrantem katedry lwowskiej. Potem on dzielił opłatkiem i składał wszystkim życzenia. Myśmy go całowali w rękę. Pod choinką nie było prezentów. Dostawaliśmy je wcześniej od Mikołaja. Dorośli w nocy szli na pasterkę. W drugi dzień świąt od domu do domu chodzili kolędnicy (mężczyźni i chłopcy) z szopką. Dostawali za to pieniądze.

 

Dodał:
Źródło:
Autor:
Data:
www.nto.pl
NTO
24.12.2004r.