Rowerem po Republice Czeskiej

Grupa młodzieży z Zawadzkiego wraz z wikarym tutejszej parafii NSPJ - księdzem Marcinem, w dniach 3 - 7 sierpnia przebywała w Republice Czeskiej. Zakwaterowanie zapewnił nam wywodzący się z Zawadzkiego, a będący aktualnie proboszczem parafii w miejscowości Vendryne, ksiądz Artur Kimak.

3 sierpnia 2005r. około godziny 15:00 zapakowaliśmy do Forda Transita nasze rowery i niemałych rozmiarów bagaże. Zajęło nam to trochę czasu, gdyż nie chcieliśmy by nasze "dwukołowce" porysowały się w trakcie jazdy po nie zawsze doskonałych polskich drogach. :)Powiększ! Jeszcze tylko tankowanie do pełna i już jesteśmy w trasie. Uważnie śledzimy przebieg podróży w atlasie samochodowym. Niestety w Gliwicach poważnie psuje się pogoda. Jednak wciąż mamy nadzieję, że ta będzie nam dopisywać w trakcie pobytu w Czechach. Mijają godziny, a deszcz wciąż pada. Dojeżdżamy do granicy. Szybka przeprawa - w końcu jesteśmy już w Unii Europejskiej. Teraz zaczynamy szukać odpowiedniej drogi. Jednak dzieje się coś nieprzewidzianego. Okazuje się, że rozładował nam się akumulator. Samochód nie chce zapalić. Radzimy sobie, jak to się potocznie mówi: "biorąc go na popych". Ale ileż można jechać z rozładowanym akumulatorem? Noc coraz bliżej, a nam nie działają światła. W końcu zajeżdżamy pod salon samochodowy SkodyPowiększ! i myślimy - co dalej? Ksiądz Kimak nie odbiera telefonu. Mijają trzy kwadranse. Nareszcie! Halo, halo... Ksiądz Marcin tłumaczy, w czym problem, ale okazuje się, że ks. Kimak jest bardzo zajęty i nie może po nas przyjechać. Postanawiamy spędzić noc w "busie". Trwa walka o jak najdogodniejsze ułożenie się do snu. Każdy z nas przewraca się z boku na bok próbując zasnąć. Ci, którzy ułożyli się w miarę wygodnie, są budzeni przez pozostałych. Niewiadomo kiedy, wreszcie zasypiamy.

Godzina 5:30, czwartek - 4 sierpnia. Powoli budzimy się. Za oknami coraz jaśniej. Czekamy jeszcze 40 minut i ruszamy dalej w drogę. Oczywiście znowu zapalamy pojazd "na popych" i jedziemy bez użycia świateł, ale nie szkodzi - jest już jasno. Gorzej z kierunkowskazami. Powiększ!Na szczęście mamy jeszcze ręce, którymi da się machać przez okno. Wreszcie trafiamy do miejscowości Trinec. Tam nasz Ford nie jest w stanie podołać większemu wzniesieniu i szukamy kogoś, kto mógłby nam podładować akumulator (używamy zwrotów typu "nabić akumulator" - w Czechach tak łatwiej zrozumieją o co chodzi).Życzliwi ludzie nam pomagają i możemy jechać dalej. Ostatecznie zajeżdżamy pod plebanię księdza Kimaka - tam będziemy przez najbliższe dni mieszkać. Teraz jemy śniadanie i zakwaterowujemy się w pokoju. Okazuje się, że na plebanii aktualnie oprócz nas przebywa jeszcze ok. 70 osób - Powiększ!czeska młodzież biorąca udział w "Wakacjach z Bogiem". Pogoda niestety nadal niekorzystna - ciągle leje jak z cebra. Odprawiamy Mszę Świętą w kościele oddalonym od nas o 20 metrów. Pod wieczór ulewa zamienia się w mżawkę, więc wyruszamy w przejażdżkę na rowerach. Przejeżdżamy około 15 pierwszych kilometrów i zachwycamy się górskimi widokami. Wracamy do domu i po kolacji wychodzimy do pobliskiej restauracji, przy której to jest mała sala gdzie można pograć w tenisa stołowego. Korzystamy z tej atrakcji aż do godziny 22:00.

Piątkowy poranek - 5 sierpnia. Ksiądz z jednym z nas już wrócił z porannych zakupów i teraz razem ochoczo zajadamy śniadanko. Rozmawiamy o tym co dziś będziemy robić. Niestety za oknem znowu pada deszcz. Mamy pecha. Jednak mamy pomysł na zagospodarowanie czasu. W tymże dniu 2 razy udajemy się na kryty basen w miejscowości Bystrice. Powiększ!Jest to przyszkolny basen, ale bardzo nowoczesny. Szatnia z zamykanymi na chipy szafkami - to pierwsze co nas zaskakuje. Na samym basenie odkrywamy kolejne atrakcje: jakuzi, wodospad uruchamiany co jakiś czas, fontanna w środku basenu, nocne oświetlenie podwodne. Jesteśmy zachwyceni. A i cena za wstęp nieduża - jedyne 30 koron za 75 minut pływania (ok. 4,2 zł). W piątek odprawiamy jeszcze Mszę Św. , konsumujemy kolację i tak dzień dobiega końca. Oczywiście codziennie jemy śniadania, obiady i kolacje - o tym chyba nie trzeba jednak pisać.

Sobota, 6 sierpnia. Budzimy się i ku naszemu zaskoczeniu za oknem brak ciemnych deszczowych chmur. Zadowoleni wyciągamy nasze rowery z garażu i wyruszamy w drogę. Naszym celem jest miasto Frydek-Mistek. Jedynym naszym problemem staje się brak mapy ścieżek rowerowych. Szukamy takowej po wszystkich Powiększ!otwartych sklepach lecz nie znajdujemy. Ostatecznie ruszamy nieco "w ciemno" pytając po drodze mieszkańców czy dobrze jedziemy. I tak docieramy do miejscowości Guty. Tam spotykamy pana, który daje nam mapkę ścieżek rowerowych. Jednak to tylko fragment wszystkich tras. Ruszamy dalej. Jak później dowiadujemy się kolejne mapki można dostać w umiejscowionych przy ścieżkach rowerowych restauracjach z szyldem browaru piwnego "Radegast", który to jest sponsorem wszystkich ścieżek rowerowych w całej Republice Czeskiej. Należałoby tutaj też wspomnieć, że poruszając się po czeskich drogach na rowerze, należy być wyposażonym Powiększ!w kask rowerowy jeśli nie ukończyło się jeszcze 15 roku życia. Osoby starsze są zwolnione z tego przepisu. Niestety nasze plany krzyżuje po raz kolejny pogoda. Po obiedzie spożytym w przydrożnej restauracji (pyszniutki był ten kotlecik schabowy i frytki choć trochę się musieliśmy pomęczyć, żeby wytłumaczyć kelnerce co chcemy zjeść) wracamy z powrotem w kierunku Vendryni. Po zjechaniu z pierwszego większego pagórka stwierdzamy, że nie Powiększ!uda nam się powrócić zachowując suche ubrania - deszcz leje niemiłosiernie. Dzwonimy po księdza Marcina, który zrezygnował z wycieczki rowerowej po przejechaniu kilku kilometrów. Po godzinie siedzimy już w Fordzie Transicie i wracamy do naszego lokum. Nie żałujemy, że zrezygnowaliśmy z dalszej podróży rowerem gdyż widzimy szalejącą za oknem ulewę.

Powiększ!Dzień ostatni - 7 sierpnia. Sprzątamy po sobie pokój i powoli pakujemy się. Możemy już śmiało wyruszać w drogę powrotną do Zawadzkiego, bo nasz "bus" już jest w 100% sprawny (mechanik wymienił diodę w alternatorze). Mijamy granicę państwa i na naszych komórkach znów pojawiają się nazwy dobrze nam znanych, polskich operatorów. W Gliwicach znowu psuje się pogoda. Felerne miasto - myślimy. Przejeżdżamy kolejne kilometry i wreszcie jesteśmy w naszym ukochanym Zawadzkiem. Wycieczkę zaliczamy do udanych, mimo że pogoda nie dopisała i na rowerach przejechaliśmy jedyne 50 kilometrów, ale kryty basen nieco zrekompensował nam tę niedogodność.

Więcej zdjęć:
 

 

Dodał:
Źródło:
Autor:
Data:
Nasze Zawadzkie
09.08.2005r.