:... "Pukacze" (autor: Piołun)...:


Otworzyły drzwi bez pytania. Jasne cienie przemknęły wąską szczeliną, nie bacząc na wystraszone spojrzenia zwiniętych w kłębek gołębi na dachu.
Śniło mi się coś dziwnego. Dom z oknami na noc spowitą gwiazdami. Długie białe firany unosił w powietrzu wiatr, lekko niczym pajęczynę.
Zbudził się spocony. Wciąż obejmował śpiącą kobietę lewym ramieniem. Była piękna, gdy tak spała spokojnie. Długie rzęsy rzucały szare cienie na policzki. Ucałował jej jasną skórę, ale ona nie zareagowała. Przejechał wilgotnymi wargami po łagodnym sklepieniu szyi, musnął długie jasne włosy.
Moja piękna kobieta. Zakochałem się w niej już w pierwszej chwili. Drżenie przeszyło mnie od czubka głowy w dół po kręgosłupie. Spojrzałem w jej błękitne oczy i wiedziałem, że będzie moja. Świat był niczym w porównaniu z moim pragnieniem. Była idealna, cudownie stworzona dla mnie. Tak samo zimna, jak ja.
Nadya wysunęła się z jego objęć i ułożyła wygodnie na brzuchu. Zawieja przewrócił się na plecy. Spojrzał na wysoki sufit, częściowo zasłonięty przeźroczystym błękitnym baldachimem. Widniały na nim misterne wzory pochodzące z samego serca dalekiego Wschodu. To był jej pomysł, a on go tylko wykonał. Kazała mu brudzić się ultramaryną i wodzić lekkim pędzlem po chropowatej ścianie, gdy ona wytłaczała wzory mieszając umbrę z czerwienią kadmową.
Leżałem i słuchałem niespokojnego bicia serca. Coś pukało w ścianę - powoli, nieustannie. Uniosłem rękę nad głowę i zastukałem w chropowatą powierzchnię. Nie, to było coś całkiem innego. Odgłos był znacznie bardziej wyraźny i taki przenikliwy. Uniosłem się na ramionach i spojrzałem na lnianą makatę wiszącą przy ciężkich drewnianych drzwiach. Kątem oka dostrzegłem jej nieznaczny ruch. "To przeciąg" pomyślałem i z ciężkim westchnieniem wstałem by przymknąć okiennice.
Próbował zasnąć, ale nie potrafił. Panowała nieznośna duchota, choć lekkie powiewy chłodu nawiedzały przestrzeń nad łóżkiem. Kropelki potu osiadły na jego nagim ciele, pokrywając je misterną siateczką słonych brylantów. Jakiś dziwny niepokój, a może wspomnienie nocnego snu, nie dawało mu zasnąć. Nagle usłyszał przeciągły jęk, jakby płakało małe dziecko. Mały samotny człowiek. Mały przeraźliwie samotny człowiek. I znowu pukanie przeszło po ścianie. Stukot zaczął się przy drzwiach i zawisł nad wezgłowiem. Zawieja poczuł, jak fala zimna prześlizgnęła się po jego nagim ciele. Kropelki potu zamieniły się w małe kryształki lodu.
Szaleństwo dotknęło mojej duszy, a serce zwinęło się ze strachu. Nie mogłem się ruszać, a mój wzrok wciąż przykuwały demoniczne wzory na suficie. Wtedy kątem oka dostrzegłem ruch tuż przy łóżku. Powoli odwróciłem głowę, a oddech zapadł się w mojej piersi. Tuż przy moim boku siedział mały chłopiec. Miał jasne, jak len włosy i sine usta, którymi poruszał w głuchej rozmowie. To on stukał palcami. Wydawały odgłos dziwnego metalicznego pukania. Dotknął mnie, a zimno przeszyło ciało na wskroś. Ale nie to odebrało mi zdolność myślenia. Chłopiec nie miał oczu, choć byłem pewien iż patrzy się w sam środek mojej duszy. Tylko puste wgłębienia znaczyły jego łagodną twarz.
Cienie miotały się nad nim i nad śpiącą kobietą. Zawieja nabrał głęboki oddech i powoli usiadł na posłaniu. Jego mięśnie napięły się aż do granicy bólu z rozkoszą. Spuścił nagie stopy na lśniące kafelki podłogi. Turkusowe gwiazdy spoglądały martwo na niego. Chłopiec się nie poruszył. Siedział tak nadal i stukał palcami. Zawieja pochylił nad nim głowę, a wtedy puste oczodoły spojrzały w jego szare źrenice. Usłyszał szept nikły, jak zza ściany. "Obudź się..." "Przecież nie śpię" - odpowiedział. "Bądź czujny..." Zawieja wciąż spoglądał na tę dziecinną twarz nie pojmując sensu słów. Chłopiec dotknął go jeszcze raz, ale najwyraźniej coś go trapiło. Przejechał opuszkami palców po nagim torsie mężczyzny. Nagle zaczął jęczeć i potrząsać głową. Trząsł się i coraz głośniej stukał. Zawieja objął drobną postać swoimi silnymi ramionami i próbował uspokoić, ale to nie przynosiło skutku.
"To nie ty!" usłyszałem bolesne słowa zawodu z głębi ust. "To nie tobie ona pisana!". Nie wiedziałem co się dzieje. Nadya dalej spała obok całkowicie pogrążona we śnie, który zdawał się nie mieć końca. " O czym mówisz? Powiedz mi! I kim ty do diabła jesteś?" krzyknąłem prosto w ślepą twarz chłopca. "O czym? O niej...! Przecież wiesz! Siedzi przed twoim domem, chociaż nie do ciebie przyszła". Pokręciłem głową, okłamując siebie i jego. "Nie wiem, o kim mówisz". "Dobrze wiesz, a jeśli twe bezduszne myśli wciąż cię oślepiają, to wkrótce przejrzysz!" - to mówiąc chłopiec ucałował moje czoło nagle i porywczo. Jego palce objęły moje plecy, aż zimno przeszło wszystkie moje zmysły. Potem jeszcze czułem jego pocałunek na oczach i na ustach. Wtedy też straciłem ostatnią więź łączącą mnie ze światem. Nie chciałem, a jednak stałem się jednym z nich.
Siedziała na progu. Długie ciemne włosy opadały gęstymi puklami na plecy. Miała doskonale skrojoną grafitową sukienkę i przeraźliwie jaskrawe czerwone szpilki. Usta pokrywała szminka w tym samym kolorze. Stukała obcasami niecierpliwie, wybijając dziwny niezrozumiały rytm. W prawej ręce trzymała długiego papierosa, który tlił się, wydzielając duszną woń - mieszanina kadzidła z opium. Niewidomy chłopiec minął ją prawie biegiem, potykając się o stopień przed bramą. Wybiegł na ulicę i zniknął w ciemności nocy. Gwiazdy świeciły tak, jakby zaraz miały się wypalić. "Biegnij... Biegnij przed siebie... Może jeszcze kogoś zdążysz obudzić..." wyszeptała do siebie, a jej usta spowiły się w ciężki ironiczny uśmiech. Nagle poczuła czyjąś obecność za plecami. Zawieja, ubrany tylko w jasne lniane spodnie, spoglądał na nią swymi szarymi oczami. "Za dużo palisz..." wyszeptał prawie z czułością. Uśmiechnęła się niedbale. "I za dużo piję..." odpowiedziała cicho. Zawieja minął ją bezszelestnie. "Dokąd idziesz?". "Na spacer...". "Ale tak na boso...?".
Noc była bardzo chłodna, ale nie zważałem na to. Dusze tłoczyły się na przejściu dla pieszych i czekały na "zielone", jakby nigdy nic. Minąłem je i wszedłem w wąską uliczkę. Tam, po prawej stronie widniały proste drewniane drzwi. Otworzyłem je, chociaż były zamknięte. Bezszelestnie dotarłem do sypialni i pochyliłem się nad śpiącym mężczyzną. Zapukałem... Nie chciał się obudzić. Zapukałem jeszcze raz, tylko głośniej. Przy kolejnym metalicznym dźwięku otworzył nagle oczy i wciągnął głęboko powietrze. Serce ponownie zabiło w ogromnej klatce piersiowej. Potem kolejne drzwi i zaułki korytarzy. Młoda kobieta i dziecko o wyglądzie anioła. Ciszę nocną rozrywało moje pukanie i głębokie wdechy wyrywanych z ciemności serc. Jak na jedną noc obudziłem wiele dusz, za wiele. Gdy dotarłem do leżącej niedbale bezdomnej istoty, ona już tam była. Pochylała się nad nią i słodko śpiewała swoją śmiercionośną pieśń. Miast papierosa trzymała otwartą butelkę wina. Rozłożyłem palce i głośno zastukałem w płytę chodnika. Obudziło się sponiewierane życie.
"Co robisz...?!" krzyknęła i gniewnie machnęła ręką w jego kierunku. Ale on nie był sam. Tuż za nim stało dziesiątki ślepych chłopców, stukających i pukających natarczywie. "Wiesz, kiedyś cię zabiję!" krzyknęła i zachwiała się. Upadła na kolana i wyjąc zaczęła wspinać się po ścianie. Potem dobiegł go jej lodowaty śmiech. Bezdomna uniosła głowę; była przerażona. Zobaczyła nad sobą bosego mężczyznę, który łagodnie przeczesał jej włosy. Był piękny, jego skóra jaśniała i mieniła się. "A więc anioły istnieją..." wyszeptała i uniosła swoje ciemne oczy. Zawieja uśmiechnął się. "Istnieją" odpowiedział ",ale teraz lepiej wracaj do domu... Chłodna noc jest dzisiaj...". "Tak, mroźno..." przytaknęła i z trudem wstała. Była taka niska i wychudzona. Za młoda, jak na ulicznego skazańca. Spoglądała na niego, gdy odchodził w ciemność. "Wracaj do domu, Anno...".
Nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale zdało się być takie ważne dla mnie. "Anna" szeptałem w ciszy. Samotność uwiesiła się mojego ramienia i wyła nieznośnie. Wyglądała jak potargany przez wiatr prochowiec. Dusze przeszły przez skrzyżowanie, robiąc zamieszanie wśród spoglądających w niebo wieżowców. Tysiące tysięcy pustych okien spoglądało na mnie ironicznie. "Będzie bardzo zła" wyszeptałem do siebie i wcale się nie pomyliłem. Siedziała na krawężniku, skacowana i wściekła. "Dlaczego mi to zrobiłeś?!" krzyknęła tak przeraźliwie, że aż wszystkie moje nerwy przypomniały na chwilę najeżone drobiny szadzi. "Jesteś bardzo niegrzeczny, bardzo niegrzeczny...!". Minąłem ją, mimo jej wrzasków. Nim dotarłem do domu, zdążyłem jeszcze powołać do życia kilka zaspanych dusz.
Chłopiec znowu siedział przy jego łóżku. Spoglądał pustymi oczodołami i stukał palcami w błyszczącą podłogę. Nim zabłysły pierwsze promienie słońca, rozpłynął się w ciszy. Nadya obudziła się, mrucząc leniwie. Przytuliła się do jego ciała, ale po raz pierwszy nie zareagował na jej pieszczoty. Spojrzała na niego zadziwiona, ale Zawieja miał wzrok nieodgadniony. Głęboki i szary niczym dal horyzontu. "Zrobię kawy..." wyszeptała i przeszła doskonale piękna i naga po sypialni. Zawieja spoglądał przez okno, a jego wzrok szukał zadziwionego spojrzenia Anny. Wróciła do domu córka marnotrawna. Nie wiedział skąd ta pewność, ale już niczego nie pojmował.
Nie miałem ochoty na seks, chociaż Nadya wyraźnie była spragniona. Prowokowała mnie, ale w końcu zawiedziona poszła wziąć prysznic. Piłem spokojnie gorzką kawę, spoglądałem w jej czarną ciemność, jak w Anny źrenice. Wyszedłem do pracy, całując Nadyę w czubek głowy. Patrzyła na mnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy. Nie zdawała sobie sprawy, z kim dzieliła łoże tej nocy. Pukacze wrócili i wkroczyli w moje życie z siłą huraganu. Wróciło pragnienie i niezaspokojony głód ciepła i czułości. Ratowałem ludzkie oddechy nim zamilkły. Takie było moje prawo odkąd ona nie chciała mnie przyjąć do siebie. Gdyby wiedziała, kogo stworzyła...
Anna spoglądała zamyślona na ulicę, którą opuściła kilka dni temu. Patrzyła na kartonowy dom, symbol wolności i bezgranicznej samotności. Nie wiedziała, kim był jej wybawca, ale od tamtej nocy zaczęła go szukać. Chciała jeszcze raz spojrzeć w te szare źrenice i wysłuchać jedwabistego głosu. Zawieja pracował doskonale. Jego zmysły przypominały idealnie zaostrzone górskie szczyty. Nadya odeszła. Pomalował ściany na czysty biały kolor. Ona czasami siedziała na progu i marudziła przeciągle.
"Przestań już człowiecza duszo!". "Nie krzycz tak, bo ludzi obudzisz" zaśmiałem się. Ona warknęła, ale nie ruszyła się z miejsca. "Kiedyś cię przeklinałem, ale teraz nie żałuję". "Topniejesz...". "Zaczynam kochać...". "To się nigdy nie stanie...!". "Za późno...". Podeszła do mnie i objęła mnie lodowatymi rękami. Chłód jej warg zmroził mój oddech, a jej czerwone paznokcie poorały mi plecy. Tak mnie zostawiła na progu. Drżałem z zimna i niemocy, ale nie przestawałem się uśmiechać.
Anna przemierzała ulice, a nadzieja kroczyła tuż obok niej. Śpieszyła się, jeszcze nigdy nie goniła tak każdej sekundy. Bała się o niego i o jego piękne źrenice. Dotarła do ogromnej misternie wykutej bramy i wtedy usłyszała delikatne pukanie. Lekkie i metaliczne. Pchnęła bramę i utonęła w morzu karminowych róż i aromatycznego jaśminu.
Leżałem na małym tarasie przed domem. Słońce spowijało mnie tak cudownie słodko. Poczułem senność, jakbym nie zaznał objęć snu przez całe życie. Ona odeszła, ciągnąc za sobą chłopca. Płakał. Łzy koloru krwi spływały po jego bladej twarzy. Patrzył na mnie w smutku. Przepraszając..., że już nie zapuka.
Zobaczyła go. Był prawie nagi. Podbiegła do niego i ujęła jego twarz w swoje ciepłe dłonie. Ucałowała jego oczy i sine wargi, a ciepło biło od niej. Ciepło kobiecego ciała.
Pochyliła się aż poczułem zapach jej włosów. Zmieniona w jasnym płaszczu i futerkowych mufkach. "Wracaj do domu..." wyszeptała. Chłopiec uśmiechnął się, a ja ujrzałem jego oczy.