|
Dlaczego ja? Dlaczego ja, mizerna istota obdarta
z wszelkich ludzkich odruchów?
Nawet szczury zmykają na mój widok, psia mać! Za wysoka by być małą,
za koścista, jak na kobietę, za brzydka, jak na człowieka. Jedyny
mój skarb, moja niewątpliwa własność, to oczy. Oczy mam niezwykłe,
nie wiadomo tylko, po kim ten dar. Kolor rdzawy, żółto cętkowany po
bokach z czarną obwódką. Matka nie powiedziała, skąd to się wzięło.
Przychylni mi dobrzy ludzie, dowodzili, iż tą przypadłość odziedziczyłam
po wójtowym kacie, z którym moja matka miała rozkosz pokładać się
w ciemne noce. Mnie to nie ciekawi. Nie dochodzę. Skoro ktoś pozostawił
mi ten kolor na źrenicach, to pewnikiem miał w tym jakiś cel.
Tylko, po jaką cholerę wplątałam się w tą całą kabałę z kamieniem
u sąsiadów.
Kamień stał tam zawsze u Bożydarów- zacni to i uczciwi ludzie, tylko
tacy trochę tępawi, leżało to wielkie zwalisko za stodołą. Szare,
od północnej strony obrośnięte gęstym mchem. Stało i wygrzewało się
w promieniach słońca. Stało tak i nie zawracało nikomu głowy, dopóki
nie oparłam się o niego późnym popołudniem wczorajszego dnia. Ubrudziłam
łapy po łokcie, takie to było kamienisko obślizgłe. Podejrzewam, iż
niejeden zwierz szczał na niego w odpowiedniej porze. I wtedy to moje
rdzawe źrenice odkryły dziwne pręgi na zielonkawej północnej stronie
głazu. Dotykałam zapamiętale, oblizując ze zdenerwowania sine wargi.
I wtedy to nadleciał Stary. Chłop zwalisty i całkiem siwy. Turlał
się jak młyńskie koło i to prosto w moją stronę.
- Te, Piołun! Co tak podglądasz? Na przeszpiegi przyszła, co?
- Ja? Nie ależ skąd. Toć twoja rodzina tak poczciwa, taka bogobojna...
- lałam wodę i tylko patrzałam, jak to mąci Staremu w głowie. - Ty,
Stary, jesteś chłop jak się patrzy, gospodarz stateczny, a mnie tylko
tak ciężko się zrobiło i chciałam się tylko oprzeć o twój głaz. Taki
on ładny, taki akurat. A mnie lata lecą... wkrótce sędziwe.
Stary skrzywił się z obrzydzeniem.
- Piołun, ty mi tu nie wygaduj takich słodkich słówek. Wara mi od
mojego gospodarstwa, ty zawszawiony śmierdzielu.
"Na krzywy kurzy dziób!" - zaklęłam w duchu, na nic zdało
się moje wodolejstwo. Jak widać kiepski był ze mnie pochlebca. Tymczasem
Stary już zawisł nade mną i groźnie zmarszczył brwi.
- No dobra, Stary... Przysłał mnie poborca zza rzeki. He he he...
Wielka włochata łapa Bożydara padła na moją głowę. Efektem tego mam
teraz sińca na pół twarzy, jakby tęcza pomyliła przeznaczenie.
- Doniosę na ciebie, ty okrutniku! Doniosę, zobaczysz! - krzyknęłam
oszalała z bólu i zaraz potem ugryzłam Starego w udo. Ha, zęby mam
zdrowe i ostre, jak się patrzy.
Zawył chłop, chwycił mnie za koszulę i uniósł do góry, jakbym była
małym kociakiem. Majtnął mną z całej siły, aż wylądowałam na wspomnianym
kamieniu.
- A co doniesiesz ty oberwańcu, ty śmierdzielu, ty postrachu całej
wsi! A donoś sobie ile chcesz, ja podatki uczciwie płacę! I gówno
mnie obchodzi, co ty tam nagadasz tej moczymordzie zza rzeki!
- Nie Stary, ja nie do niego polezę rany lizać! Ja do dworu uderzę,
że Bożydar czary uprawia za stodołą!
- Tak, taka jesteś? A jakim cudem udowodnisz te brednie?
Zaniepokoił się głupi.
- A tym! - warknęłam i wskazałam na kamień. Stary nie był ślepy i
zauważył pręgi na kamieniu. Splunął w moją stronę i zaśmiał się drwiąco,
a ja, jako że honor mam do wymiany polazłam do dworu.
Myślałby, kto, że takiego obdartusa nikt nie posłucha, ale mógłby
się pomylić. Każdy się mnie boi. Ponoć rzucam straszne gorzkie czary.
Ot, prawdą to nie jest, ale czasami cos tam uda mi się nawarzyć. Jakem
Piołun, wredne ludzkie zielsko.
Na dworze przyjęli mnie bez zbędnych ceremonii. Kopnęli w rzyć i wrzucili
do sali sądowej.
- Czego chcesz? - warknął wójt, nie patrząc się w moją stronę.
- Ja? Niczego... Mnie tylko bezpieczeństwo naszej osady stoi na uwadze.
- Co ty łżesz, Piołun? Od kiedy tobie na czymkolwiek zależało?
- Mnie zawsze zależało, szczególnie, gdy kto wchodzi mi w paradę i
rzucać czary się szkoli.
- Czary? - parsknął wójt. - Oszalałaś?
- Nie. Wzrok mam dobry. A na Bożydarowym kamieniu znaki złego widziałam.
Niby pod mchu przykrywą, a jednak wyczuć można paskudztwo pod palcami.
I choć ze mnie głupi Piołun, tutaj się nie mylę...! - zaoponowałam.
I skąd ja miałam wiedzieć, że miałam cholerną rację!
Wójt, chłop nie głupi. Pomyślał, podrapał się w głowę, splunął na
metrów kilka i wymyślił, iż skoro taki niebezpieczny magiczny instrument
znalazł się w granicach jego władania, aby uniknąć kłopotów należy
go zwyczajnie wywieźć ze wsi, i to jak najdalej.
- A wywieź go sobie sam! - warknęłam. Zaraz tego pożałowałam, gdy
grad kijów posypał się na moje kościste plecy. Odwróciłam się do oprawców
i błysnęłam rdzawymi ślepiami, charcząc przy tym nieprzyzwoicie. Zadziałało.
Chłopy cofnęły się całkiem pokornie.
- Ano pójdziesz! - uparł się wójt i olewając mój wredny wygląd, pchnął
mnie w stronę drzwi.
- Z nim pójdziesz, ohydo jedna! On ci pomoże. W końcu to na ich ziemi
spoczywa ta kupa gówna!
Spojrzałam do góry i język mi w pięty uciekł.
- Cholera, tylko nie z nim - jęknęłam w resztkach myśli.
Jasiek wszedł do sali lekkim krokiem. Jak na Bożydarów przystało pierś
miał szeroką i jasnoszare oczy; włosy ciemniejsze, ponoć po matce,
co to zmarła przy porodzie. Piękny mężczyzna, z takim to i złoża nie
wstawać. Ale co mnie takie myśli do głowy wchodziły. Jasiek patrzył
na mnie z pogardą w swych sinych oczach.
Trudno było odeprzeć ten wzrok, ale nie dałam się. Ja też mam resztki
dumy. A co!
Po kilku chwilach i ta reszta, zwiała pod podeszwy.
I tak, chcąc nie chcąc, powlekłam się za Jaśkiem. On na przedzie,
ja za nim z wozem i z kamieniem, co go Bożydarowe plemię z trudem
podsadziło.
Co za życie! Wredność niepojęta. Pędziłam spokojnie psi żywot, a to
próbuje ze mnie bohatera zrobić - mnie, wsiowego śmierdziela. Nigdy
nie zrozumiem życia do końca, zwyczajnie naigrywa się ze mnie po kątach.
Ot, myśli moje ciężkie. Uniosły się do góry, próbując zamajtać skrzydłami,
poczym spadły z hukiem na ziemię. Narobiły hałasu, że aż mnie głowa
rozbolała. Jasiek obejrzał się przez ramię i zaklął siarczyście.
- Co tak spluwasz w moją stronę, Bożydarowy wypierdku! - warknęłam.
Jasiek odwrócił ku mnie szare źrenice i przebił mnie na wylot ostrym,
jak grot strzały, spojrzeniem.
- Gdybyś tak nie śmierdziała, to nauczyłbym cię pokory! Ty istniejesz
na złość wszelkiemu normalnie żyjącemu stworzeniu!
"Tego mi nie musiał przypominać. Dobrze to wiem!" przemknęła
myśl i znikła.
- Ciągnij to paskudztwo żwawiej! - poganiał.
- A co to, niewolnicę sobie znalazłeś!? Sam sobie ciągnij, jakżeś
taki mądry! - to mówiąc rzuciłam dyszel na ziemię i odwróciłam się
na pięcie. Pożałowałam tej chwili, gdy Jasiek chwycił mnie za kołnierz
i rzucił mną, jak padliną, na trakt.
- Ciągnij bydle! I to już! - krzyknął i smagnął mnie batem po plecach.
"Już swego konia lepiej traktuje" znowu pomyślałam i pokornie
zgięłam garba.
Noc nadciągała nieubłaganie, a my ledwo doszliśmy do połowy. Cholera!
Skąd miałam wiedzieć, że ta nasza wieś taka wielka. Wójt pewnikiem
jakieś ziemie zagarnął. Czort go wie, taka gęba to już jedno ostrzeżenie.
Dla porównania - moja gęba to dwa ostrzeżenia.
Jasiek rozłożył się pod rozłożystym dębem, a ja zaległam na trawie
pod gołym niebem. Gwiazdki mi tylko świeciły nad głową.
I w takim chwilowym błogim spokoju Życie szarpnęło wnętrznościami.
Zawsze tak robiło, cholera jedna.
- Odwal się ode mnie! Mam dość twoich idiotycznych pomysłów! - warknęłam.
- Czego chcesz?! Ja dobrze Ci życzę - Życie parsknęło dzikim śmiechem.
- Jak będziesz mnie tak maltretować, to się powieszę! I gówno będziesz
miało! - odgryzłam się i przewaliłam się na drugi bok.
Poranek przyszedł nagle z hukiem wschodzącego słońca. Jasiek darł
się niczym przekupka z jajami na straganie. "O nie - ja wcale
nie zamierzam otworzyć oczu i nic mnie nie obchodzi jego ryk
!".
Nim ta myśl zajaśniała, poczułam solidne kopnięcie w gnaty.
- Wstawaj ty jełopie jeden! - warknął Jasiek.
- Co się tak pieklisz Bożydarowy wypierdku - odwzajemniłam się czule.
Ale zaraz pożałowałam, jak Jasiek zamaszystym kopnięciem po raz wtóry
walnął mnie w sterczące żebra. Zaklęłam brzydko - oj bardzo brzydko!
- Odwal się! Możesz sobie kopać wsiowego kundla, a nie mnie!
- Wstawaj pokrako! Ciebie żywcem zakopać i dalej byś spała! - Jasiek
wygarnął.
- A jakże, byle Twej gęby nie widzieć! - syknęłam.
- Ktoś zabrał kamień! - wycharczał i odwrócił się na pięcie.
Cisza
Nastała cisza. Zaległa w czasoprzestrzeni mej pustej czaszki.
- Ha! No to mamy problem z głowy! - krzyknęłam i z gulgoczącym śmiechem
zerwałam się na nogi, by skierować się na drogę.
- A Ty gdzie? - usłyszałam głos koło ucha.
Odwróciłam się, ale Jasiek dalej stał koło pustego wozu.
- Kie licho ze mną gada?!
"Cholera, znowu Życie" pomyślałam, czując łaskotanie po
karku.
-Czego chcesz? Odczep się. Trzymasz się mnie, jak rzep psiego ogona.
-Ja? Nic nie chcę! - Życie ryknęło śmiechem. -Ja mam dla ciebie plan
niedoróbko człowiecza! Zawracaj natychmiast i szukaj kamienia!
-Za nic na świecie - warknęłam i wcisnąwszy ramiona w siebie szłam
w zapartego po piaszczystej drodze.
Ale Życie uparte było
Wpierw zwaliło na mnie tuman kurzu. Potem namówiło
Jaśka i już merdałam nogami w powietrzu, gdy ta kupa mięśni o szarym
spojrzeniu majtała mną na lewo i na prawo.
- Gdzie leziesz? Trzeba nam kamień odnaleźć.
- A idź sam se szukaj. Nie dość, że problem sam się siebie pozbył,
to Ty jeszcze dziury szukasz w całym.
Z głośnym hukiem wylądowałam na wozie. A potem pod wozem. Ależ to
było szybkie zagranie!
Nim się opamiętałam, już ciągnęłam wóz za sobą, a Jasiek szedł przodem
wedle swego nosa. Marudziłam strasznie, bo Życie wlazło na kozła i
gwizdało nieudolnie, a mnie się zdawało, że wóz nagle nabrał całej
kopy kamieni na siebie. "Cholera, Życie jest ciężkie!" -
wymruczałam i dalej pokornie ciągnęłam ciężar za sobą.
Droga ciągnęła się długo i zawile niczym moje pokątne myśli. Aż nagle
usłyszałam kolejną wersję Jaśkowego ryku.
- Jest! A to ci diabeł! Pieroństwo jedne! - darł się z głębi piersi.
Uniosłam ciężką głowę na chudej szyi. W rzeczy samej na polu stał
kamień. A raczej nie stał
ale sunął.
- A to ci dopiero! Nóżek dostał! He He He - skomentowałam z głośnym
śmiechem.
Jasiek spojrzał na mnie burzliwym spojrzeniem, że aż mi w lędźwie
poszło. "Ten chłop ma ogień w sobie, nie dziw, że wsiowe kumoszki
lgną do niego" - przeleciała myśl gorzka przed oczami i skręciła
w bok. "Taa
a kamień pędzi na około
wprost do wsi" - to
było bardzo wybitne przemyślenie. Zapomniało tylko dodać - "po
co?".
A kamień mając wszystko w kamiennej rzyci, lazł po drodze bez zapamiętania.
- Gdzie leziesz? - krzyknął za nim Jasiek.
- A co cię to obchodzi? - burknął kamień i dalej toczył swe kanciaste
boki.
- He bratku, jak miniesz targowisko wsiowe, to wstąp do mnie! Pogadamy
sobie uroczo! - zawołałam donośnie z minimalnym cieniem życzliwości
ludzkiej.
Kamień mnie olał i poszedł dalej drogą, a Jasiek podparł boki dłońmi
i patrzył na mnie, jakbym była przeźroczysta. Życie stało koło mnie
i z głupim uśmiechem mruczało: "To ci dopiero zabawa!".
Koniec końcem powlekłam się z wozem za durnym kamieniem, który pełzł
przed siebie po polach, a za nim Jasiek mrucząc i przeklinając cały
świat.
c.d.n.
|