|
Rozciągnięte ramiona, niczym smukłe topole, obejmowały
niebieskie połacie niebios. Siedziała na zielonej ławeczce w zielonym
parku. Pokryta drobinkami kwiatów czarnego bzu. Lśniły białe płateczki
na jej skroniach; we włosy wplątały się zielone listeczki drażniąc
odsłonięte ramiona. Sukienka zwiewna wiła się między udami, gdy maleńkie
stopy oparły się o zerwany konar dębu. Wygięła się jeszcze raz, uniosła
zadarty opalony nos ku górze i ciężko westchnęła. Kasztanowe włosy
opadały ciężkimi puklami; niesforny kosmyk sterczał zawadiacko koło
ucha.
Sukienka podwijała się w nikłej walce z wiatrem. A Ona siedziała,
nieświadoma żywiołów. Jakby nic nie istniało, nic nie tworzyło się.
Lekkomyślne przebywanie na zielonej ławeczce w zielonym parku.
W lesie gorzało. Rozbuchana zieleń walczyła z ciemnością mgielnych
szarości. Drzewa w koronnych objęciach szumiały niespokojnie. Szumiały,
krzyczały ptasie gardziele. Nabiły się granatowe chmury na ostre wierzchołki
jodeł. Puchaty fiolet oblał pola igieł. Gdzieś w zakamarkach rozedrganych
korzeni schował się szaraczek. Trusia wtuliła się w siebie kładąc
kłapouche ucha po sobie. Cisza, a zarazem szum ogromny. Starcie ostateczne
życia, niczym w zagrodzie Malczewskiego, lecz bardziej niespokojne.
A w zielonym parku na zielonej ławeczce siedziała Ona. Stopy mokły
w pierwszych kroplach wody. Wiły się strużki po delikatnej skórze,
zbaczając, skręcając meandrami ramion i piersi. Deszcz ciepły i deszcz
chłodny. Duszny oddech i miliony białego kwiecia na włosach, we włosach,
w spojrzeniu. Zaczekanie, zamyślenie troskliwego pasterza. Gdy nagle
wiatr powiał ostrzej, wyżej, jakby z wewnątrz ciała i ducha; a ich
przecież nie było. Była tylko Ona
na zielonej ławeczce w zielonym
parku.
Złapała za ciężką kosę; uniosła lśniące ostrze
Stopy skryły się w
splotach traw, znacząc je delikatną krwawą poświatą
|